03 stycznia 2014

Mru, Mru...

Śniadanie u Tiffany'ego (1961)
SCENA NA ZEWNĄTRZ
ULICA - DZIEŃ

Paul stoi, obserwując odjeżdżający samochód. Deszcz przestał padać i między chmurami pokazują się przebłyski błękitnego nieba. Limuzyna zatrzymuje się na skrzyżowaniu, na czerwonym świetle. Nagle drzwi auta otwierają się i wyskakuje z niego Holly. Biegnie do Paula po zalanym deszczem chodniku. Po chwili trzymają się w objęciach a potem ona się odsuwa.

HOLLY

Chodź, kochanie, musimy znaleźć Kota...

Biegiem ruszają wzdłuż ściany domów i skręcają w aleję, w której zniknął Kot.

HOLLY

Kocie! Gdzie jesteś? Kocie! Kocie! Kocie! (do Paula) Musimy go znaleźć... Myślałam, że... Że któregoś dnia ot tak, po prostu, spotkaliśmy się nad rzeką... Że oboje jesteśmy niezależnymi istotami... Ale bardzo się myliłam... My należymy do siebie. On jest mój! Kocie! Gdzie jesteś? Kocie!

Nagle widzą Kota, jak spokojnie siedzi na pokrywie od pojemnika na śmieci. Holly biegnie do niego i porywa go na ręce.

HOLLY

(do Paula, po pewnej chwili) Och, kochanie... (brakuje jej słów)

PAUL

Wszystko w porządku.

Przez chwilę idą w milczeniu, Holly niesie kota.

HOLLY

(cichutko) Skarbie?

PAUL

Tak?

HOLLY

Jak sądzisz, czy Sam to odpowiednie imię dla kota?

Idą dalej ulica.

ZACIEMNIENIE
KONIEC




Tym razem coś dla filmożerców - alternatywne zakończenie ze scenopisu "Śniadania u Tiffaniego".
Dlaczego akurat tu i teraz?
Bez większego powodu.
Uznałem, że KOT to ładna metafora szczęścia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz